24 września 2012

ALMOST GROWN

Pierwsze dni życia prawie na własną rękę za mną. Martwienie o jedzenie, pieniądze, rachunki, zakupy. W Tesco już nie wrzuca się wszystkiego do kosza i błagalnym wzrokiem prosi rodziców, żeby za to zapłacili. Teraz zanim zdejmę coś ze sklepowej półki z zamiarem kupienia, pomyślę dwa razy i porównam ceny. Życie. Życie na własną rękę.
Nie jest tak ekscytująco jak było przed wyjazdem, ale jest dobrze. Można powiedzieć: bardzo dobrze. Warszawa jeszcze nie zbrzydła. Ba! Im więcej się chodzi, tym więcej ciekawych miejsc do odwiedzenia. Olbrzymie, fascynujące miasto. Tylko ten czas... Zdążyłem się już przekonać, że upływa tragicznie szybko. To największa wada. Nie ma czasu na nudę. Jednak to cena za życie w wielkim mieście, którą ponoszę nie tylko ja. Ale jestem gotowy zapłacić. Podoba mi się tu. Szkoda tylko, że ściany w moim bloku są przerażająco cienkie. W dodatku przez to, że w rodzinnym mieście mieszkałem w domu wolno stojącym sprawia, że wyobrażam sobie sąsiadów nasłuchujących każdy mój krok :/

Czytam to co do tej pory napisałem i widzę, że dziś trochę smętny post. Ale to przez to, że uświadomiłem sobie, że w jutro zaczyna się niezłe zapierdzielanie. Całe wakacje na to czekałem. A na parę dni przed tym wszystkim... sru! Blady strach padł na mnie.

Mimo wszystko, tego co napisałem kiedyś ("Pieprzyć wakacje, ja chcę studiować!") jeszcze nie odszczekam. Choć będzie ciężko, to przetrwam, a później będę wspominał z uśmiechem na ustach. Szkoda czasu na narzekanie. W dodatku jutro odbieram legitymację i pierwsze co zrobię to załaduję 3-miesięczny bilet. Koniec z papierowym gównem. Ha! Lans na studenta medycyny czas zacząć :D

***

Wczoraj była od dawna zapowiadana integracja... WUMtegration. Organizacyjnie - nie specjalnie. Może to przez tę pogodę mam takie wrażenie. Deszcz, pioruny, wiatr w oczy. I to pod mostem. Masakra. Ale spotkało się trochę osób, niektórych - całkowicie pierwszy raz, innych - kojarząc co nieco z fesjowego forum.
Moja grupa niezbyt liczna - 4 czy 5 osób. Nie szkodzi. Jutro poznamy się wszyscy na zajęciach. Ale dopisało także towarzystwo z innych grup (Miało być imienne pozdrowienie. Jak obiecałem, tak robię: pozdrawiam Darię Choroś!).

Warszawski Kebab Nocą... bo Sabłej już nieczynny ;)

Ostatni wpis z etykietą "przedstudencko". Myślałem, że będzie podniośle, napiszę coś głębokiego, chwytające za serce pożegnanie z młodością... ale  nie! Gdzie tam. Nie ma weny. Pozostaje przywyknąć do pisania, gdy nad uchem fascynująca rozmowa współlokatorów. Albo trzeba  znaleźć nowe, ciche, ustronne miejsce. W naszym mieszkaniu to chyba łazienka. Tylko tak myślę, że chodzenie z laptopem i zamykanie się z nim w kiblu może wyglądać dziwnie. Dlatego skoro nie ma podniosłego pożegnania, postanowiłem zapełnić miejsce zdjęciem kababa (swoją drogą bardzo dobry, seriously). Chyba tyle. Następnym razem będzie sprawozdanie z pierwszej anatomii. Ależ mnie zżera ciekawość. Oby tylko nie stracić przytomności :/

6 komentarzy:

  1. no i co, gdzie pierwszy studencki wpis? :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. spokojnie. będzie pod koniec tygodnia. Teraz jest kucie kończyny górnej :D

      Usuń
    2. a potem będzie dolnej :D

      Usuń
  2. 'Choć będzie ciężko, to przetrwam, a później będę wspominał z uśmiechem na ustach. Szkoda czasu na narzekanie.'

    Podoba mi się Twój optymizm, tak trzymać! :)
    A jak tam po pierwszych zajęciach ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życie jest zbyt krótkie by brać je na poważnie :D

      Już nawet po drugich zajęciach. Na razie nic nie mówię (piszę). Zbiorę wszystko w całość i coś wyprodukuję niedługo :D

      Usuń