06 sierpnia 2016

THE DISTANCE

Siemanko! 
Z tego co pamiętam, swego czasu był tu jakiś blog. Nawet całkiem zabawny. Nawet całkiem poczytny i w ogóle bątą.
Jednak autor trochę urósł, pisać nie miał o czym, a że do pracy nigdy się nie rwał i myśleć się nie chciało, to pisanie zarzucił. No prawie zarzucił... Plan kolejnego posta trzymał się go od kilku miesięcy, a jak coś zaplanuje, to stara się to zrobić. Po jakimś czasie :P

Nie wywołując najprawdopodobniej większych emocji, kolejny post niespodziewanie się pojawia. Spełniam swoją obietnicę, a przy okazji zadowalam kilka nastolatek :P


Ostatnim razem pisząc tutaj byłem pod koniec 3. roku. Za niecałe dwa miesiące zaczynam 5. Przez ten czas wydarzyło się sporo. Nawet nie sposób przypomnieć sobie wszystko, co dopiero opisać to tak, żeby miało ręce i nogi, było interesujące czy pouczające. Przez ten czas działo się dużo nie tylko w mojej małej głowie, ale także wokół.

Okazało się, że zanim uniwersytety medyczne zdążą wyprodukować pierwszy rocznik lekarzy zaczynających specjalizację od razu po studiach, staż przywrócono i podśmiechujki z przyszłych paradoktorów mających ukończyć przyspieszony tryb nauczania medycyny ukrócono. Zarówno staż, jak i jego brak mają swoje mocne i słabe strony i trudno dojść do jednoznacznego wniosku. Tym bardziej, że wygląd nowo przywróconego stażu pozostaje tajemnicą, która szybko nie zostanie ujawniona.

Przez te kilkanaście miesięcy pozmieniały się moje pomysły na przyszłość. Chociaż bliżej prawdy byłoby napisanie, że nie pozmieniały się, a zacząłem podawać je w wątpliwość i otworzyłem głowę na inne rzeczy, które do tej pory odrzucałem za pstryknięciem palca. Niestety im dłużej myślę, tym więcej pytań się pojawia, a mniej rozwiązań przychodzi.

Takie dumanie nad przyszłością spowodowane jest nie tylko kontaktem z kolejnymi przedmiotami, nabieraniem doświadczenia (cały czas bardzo miernego, wg mnie niewspółmiernego do etapu studiów) i zbieraniem opinii od bardziej doświadczonych osób, ale także coraz większym zainteresowaniem ekonomiczną sytuacją w ochronie zdrowia, którą muszę brać pod uwagę. Doszedłem do takiego etapu, w którym mam świadomość, że to co będę kiedyś robił to nie tylko zabawa w doktora, ale sposób na życie. Zawód. Nie dla wszystkich jest to takie oczywiste. Właściwie dla większości społeczeństwa nie jest to oczywiste. Lekarz ma się przecież żywić powołaniem i rachunki opłacać wdzięcznością pacjentów. Idąc na studia w ogóle o tym nie myślałem. Z tego co pamiętam, sam byłem pod wpływem oparów mądrości opinii publicznej, która w lekarzach widzi zarobkową elitę. O tym jak jest faktycznie nikt za bardzo mi nie mówił, ale nawet jakby mówił to podejrzewam, że niewiele by do mnie trafiło. Byłem i cały czas jest tym podjarany jak nastoletnie sztunie z wiankami na koncercie Florens. Mając nawet teraz taką wiedzę w jakie, excusez-moi, gówno wdepnąłem, zrobiłbym to samo, bo nie wyobrażam sobie robić nic innego. To chyba jest to powołanie. Ale oprócz tego sikania ze szczęścia w związku z tym jak fantastyczny zawód będę wykonywał, doszedł głos rozsądku, który to sikanie trochę hamuje. I paradoksalnie mnie samego utwierdza w tym, że dobrze wybrałem.

Wydaje mi się, że rzetelną informację o tym jak to wygląda po studiach powinny mieć osoby, które te studia chcą zacząć. Byłoby to swoiste sitko, które zatrzymałoby osoby liczące na kokosy. Byłoby to z pożytkiem dla nich samych - oszczędzili by sobie gorzkiego rozczarowania - i dla pacjentów. Bo o ile pieniądze są silną motywacją i mogą sprawić, że jest się pracownikiem na 100%, to o tyle w tym zawodzie za olbrzymią część pracy, która kosztuje dużo wysiłku, nie dostaje się ani grosza.

Obserwując kolejne roczniki przychodzące na WUM, dochodzę do wniosku że nie tylko takie finansowe sitko jest potrzebne. Przydałoby się także sitko intelektualne. Okazuje się, że matura to za mało. Ludzie sobą prezentują niewiele (właściwie to prezentują wiele, ale nie tego co byłoby pożądane) wymagają od wszystkich, tylko nie od siebie i od samego początku kolejne przedmioty po prostu zaliczają, najchętniej po linii najmniejszego oporu. Rozsądne jednostki coraz trudniej dostrzec, żeby podać rękę i wyłapać z owczego stada. Na zatrzymanie tej fali bylejakości przedzierającej się na uniwersytet (który ma w końcu nam dać wykształcenie WYŻSZE!) na razie chyba nie ma co liczyć. W przypadku naszej medycznej działki na przeszkodzie stoi bardzo poważny problem: brak lekarzy specjalistów. Jakie jest na to rozsądne rozwiązanie, które jako pierwsze powinno się nasunąć każdemu obdarzonemu kresomózgowiem? Zwiększyć liczbę miejsc, gdzie specjalizacje można prowadzić i zachęcić świeżo upieczonych lekarzy, żeby  te specjalizacje chcieli robić tutaj, a nie za granicą. A jakie jest rozwiązanie wymyślone przez mądre głowy na górze?


Zwiększyć limity przyjęć na studia, przepełnić już pełne uczelnie i szpitale kliniczne studentami, których nie będzie miał kto uczyć. Efekt: masowa produkcja przeciętności. Jeśli dołożymy do tego mentalność kolejnych roczników, w których wymaganie od siebie spada, a roszczeniowość rośnie, przyszłość maluje się prawie że apokaliptycznie.

No ale to tylko takie moje spostrzeżenia... Depresyjny wątek na sobotnie, deszczowe popołudnie. W końcu zabawa w doktora nie zawsze jest wesoła :D

***

Poza takimi depresyjnymi myślami, u mnie wszystko dobrze. Zostały jeszcze prawie dwa miesiące wakacji, które spędzam czasami bardziej pożytecznie (pakiernia), czasami mniej (piwo nad Wisłą i śniadanie o 14 :P). Do wyrobienia pozostało dwa tygodnie praktyk. W tym roku plan zakładał 2 tygodnie pediatrii, które przyjemnie spędziłem w Klinice Kardiologii Wieku Rozwojowego nowego, lśniącego szpitala pediatrycznego mojego kochanego uniwersytetu* oraz 2 tygodnie intensywnej terapii, które są jeszcze przede mną.
W ciągu 4. roku bawiłem się dużo lepiej niż rok niżej, może nie aż tak:
ale drugi semestr był szczególnie przyjemny, kiedy w sesji zimowej raz na zawsze (sukcesem) skończyła się przygoda z farmakologią i od tej pory mogę uczyć się już leków stosowanych w XXI, a nie XIX wieku :P
Poza tym odeszły męczące popołudniowe zajęcia, a te poranne zaczęły mieć związek z nazwą kierunku, który studiuję. No i sesja letnia poszła jak marzenie, co nagrodziłem sobie wyjazdem na jeden dzień Open'era (większej ilości lansu bym nie zniósł jak na pierwszy raz). Jak zwykle optymistycznie patrzę na kolejny rok, który jest pełen potencjalnie ciekawych przedmiotów. Jak zwykle najprawdopodobniej rozczaruję się też tragicznym sposobem prowadzenia zajęć, ale traktuję to jako wstęp do przekraczania granic absurdu w dorosłym, zawodowym życiu :D

***

Tradycyjnie polecam serial, dla większości na pewno znany. Narcos to moje odkrycie tego roku. Kolejna porządna produkcja Netflixa, której wstyd nie obejrzeć. Dużo hiszpańskich dialogów to miód na uszy. No i ta piosenka... Gitara siema!

* żaden z przymiotników: nowy, lśniący czy kochany nie jest ironią. To prawda :P

12 komentarzy:

  1. Ile prawdy jest w tym co piszesz o tej całej współczesnej roszczeniowości i przeciętności, rzeczywiście wiele ludzi, tez na mojej uczelni, traktuje studia jako przygode, nie myslac o przyszlej pracy (mnie tez sie to czasem zdarza..).
    Co do farmy - nie raz na klinikach sie z nas smiali gdy odpowiadalismy na ich pytania tak jak nas na farmie nauczyli :D

    A tak poza tym to dobrze było zobaczyć, ze jest u Ciebie nowy post! Pisz częściej! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Trochę boli mnie to z jaką pewnością piszesz o tym, że ludzie, których przyjmują na Twoją uczelnię to idioci - w ładniejszych słowach, ale wydźwięk jest jaki jest. Pewnie, że niektóre przedmioty zalicza się po najmniejszej linii oporu, ale to nie zawsze wynika z tego, że się jest osobą "roszczeniową" i nierozsądną. Na każdym roku znajdą się takie jednostki, ale nie powinno się tej generalizacji rozwijać na cały rocznik. Poza tym podałeś suche fakty, może jakiś przykład? :)
    A co do wymagania od innych, a nie od siebie - czytam Twojego bloga od dłuższego czasu i z tego, co wiem to nie płacisz za studia na WUMie. Wyobraź więc sobie, że komuś zabrakło kilku punktów do progu, a mają możliwość zapłacenia za studia. Trafiają na asystenta, który albo ma ich w głębokim poważąniu, albo po zajęciach z nim wychodzą wiedząc jeszcze mniej. W takiej sytuacji trudno jest nie wymagać.
    Poza tym czemu od razu zakładasz, że osoba "przeciętna" nie może być wspaniałym lekarzem? W zawodzie lekarza liczy się jeszcze coś oprócz ogromnej wiedzy - empatia, umiejętność nawiązania kontaktu z pacjentem i szacunek.
    Takie moje luźne przemyślenia od razu po przeczytaniu Twojego nowego posta. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No własnie chodzi o to, jakich słów użyłem. W żadnym miejscu nie napisałem, nawet nie otarłem się o słowo idiota. Diabeł tkwi w szczegółach, które warto dostrzegać.
      Kolejna sprawa: na naszym kierunku co roku jest około 400 osób. Czy mam o każdym z osobna napisać, jaki jest lub nie, żeby nie generalizować, bo to kogoś skrzywdzi? Mając kontakt (kolejny już rok) z nowo przybyłymi studentami, daję sobie prawo do wysuwania jakichś wniosków dotyczących ich "populacji", a nie każdego z osobna. To powszechnie stosowana praktyka.
      Co do odniesienia do płatnych studiów: na podstawie tego co piszesz, można wywnioskować, że osoba na studiach niestacjonarnych ma większe prawo wymagać od nauczycieli niż na stacjonarnych, bo za to płaci. Z tym się nie mogę zgodzić.
      No i co do ostatniej uwagi: jaki to wspaniały lekarz? To pojęcie rozumieć można na tyle sposobów, że nie chce mi się nawet do tego odnosić. Napiszę tylko tyle, że niedouczony doktor, choćby nie wiem jak empatyczną osobą był, to wszystkiego tym nie nadrobi. Parafrazując znaną polską komedię: wiedza to nie wszystko, ale wszystko bez wiedzy to ch*j.

      Usuń
    2. To, że użyłeś słów umiejętnie nie znaczy, że nie mają jakiegoś konkretnego wydźwięku. Właśnie, diabeł tkwi w szczegółach, które jedni dostrzegą, a drudzy nie. Ja niestety dostrzegłam bardzo negatywny wydźwięk. Może ktoś inny odbierze to inaczej.
      Nie chodzi o to, żeby pisać o każdym z osobna, ale po to w naszym języku są takie słowa jak większość, wiele, niektórzy, część i inne tego typu słowa, aby unikać generalizacji, która jest po prostu krzywdząca. Pewnie, że powszechnie stosowana praktyka, najcześciej w mediach, ale jeśli ktoś bardzo chce uniknąć generalizacji to może napisać coś więcej, niż to, że tych "rozsądnych" osób jest tak niewiele, że w zasadzie można pominąć, bo to błąd statystyczny.
      Chodziło mi bardziej o to, że w przypadku osób roszczeniowych powinno się chociaż spróbować zrozumieć dlaczego mają roszczenia. Mogą one wynikać z wielu rożnych powodów. I tak naprawdę każdy z nas ma prawo wymagać, bo chyba po to są nauczyciele, aby nam pomóc, a nie traktować nas jak jakiś obcy byt.
      Nigdzie nie napisałam o tym, że empatia i inne przymioty mogą wynagrodzić brak wiedzy. Po prostu oprócz tej wiedzy trzeba mieć też coś jeszcze. Ktoś kto jest "przeciętny" wcale nie znaczy, że za kilka lat nie będzie wspaniałym specjalistą, bo akurat dużą część wiedzy zdobywa się na stażu, a potem na specjalizacji. :)

      Usuń
    3. Statystyki w to nie mieszaj, bo jest już badanie, które szybko rozwiało by wątpliwości, co do wyników w nauce jako takich na przestrzeni kilku ostatnich lat. Może jest to nie do końca policzalne, ale są podejmowane próby. Wyniki są zatrważające.
      Roszczeniowość bierze się z chęci rozłożenia odpowiedzialności za swoją edukację również na nauczyciela. Praktyka stosowana przez rodziców przedszkolu albo przysłowiowe 'nie umiem, bo pan nie wytłumaczył' w gimnazjum. Wszystko fajnie, ale to są studia - nauczyciele nie są tu od wbicia wiedzy do głowy, tylko od tłumaczenia czegoś niezrozumiałego. Natomiast wymagania, cóż, trzeba zacząć od siebie.
      Widać po komentarzu('duża część wiedzy na stażu'), że albo dopiero co skończony 1. rok albo niewiele dalej. Po to masz te studia, żeby się czegoś nauczyć, a nie żeby wegetować i nauczyć się 'dużo' na stażu. Stawanie się lekarzem to proces, nie zdarzenie. Im wcześniej to zrozumiesz, że nawet na początkowych latach można się czegoś praktycznego(tj użytecznego kiedyś) nauczyć, tym lepiej. Jeśli nie, to wpisujesz się właśnie w tę bylejakość i intelektualne 'wyzwanie', o których pisał Adrian. Jak większość przyjmowanych...

      Usuń
  3. Tylko statystyki wielu rzeczy nie uwzględniają, bo trudno jest kontrolować, aż tak wiele zmiennych.
    Pewnie, że nie są od wbicia do głowy, niczego takiego nawet nie zasugerowałam, ale chyba są po to, żeby studentom pomóc i przekazać im coś, cokolwiek. Więc nie zwalałabym zawsze winy na osoby, które chciałyby się czegoś nauczyć.
    Może najpierw dokładnie przeczytaj mój wcześniejszy komentarz, a nie przypisujesz mi słowa i rzeczy, których nie napisałam, a nawet nie zasugerowałam. To, że wielu rzeczy nauczę się pózniej to nie znaczy, że teraz nic nie robię. Może Tobie znane są takie praktyki, nie wiem, w końcu zawsze ocenia się innych przez pryzmat siebie. O bylejakości nie będę się wypowiadała, bo nie cierpię degradowania osób, nieważne czy się je zna czy nie. W tym miejscu kończę dyskusję, bo nie lubię gdy ktoś kto mnie nawet nie zna próbuje mnie obrażać. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za wiele wnoszącą dyskusję.
      Ja dodam tylko, że w swoim pierwszym komentarzu stwierdzasz coś, czego nie napisałem i uważasz, że masz prawo tak to odbierać, po czym w swoim ostatnim komentarzu zarzucasz komuś, że zrobił to, co Ty wcześniej. Jak widać, pewne zasady stosuje się wtedy, kiedy są wygodne.
      No i jeszcze nie mogę się powstrzymać, żeby nie napisać, że do oceny czyichś słów i wysunięcia wniosków na ich podstawie nie potrzeba znać tej osoby. To co innego niż ocena samej osoby, w tym wypadku Ciebie, której w żadnym miejscu tutaj nie dokonano.
      Pozdrawiam.

      Usuń
  4. Nie wierzę, tego to się tutaj nie spodziewałam! :D
    A to, co się teraz w Polsce wyprawia, to nawet szkoda komentować - bo czy kogoś, kto płace rezydentów po ich demonstracji podwyższa o kilka groszy, by jakiś czas później ot tak wyjść z planem zwiększenia zarobków dla członków rządu o grube tysiące, można brać na poważnie? Błagam. Czego, jak czego, ale logiki już dawno przestałam oczekiwać. Pewnie dopiero za sześć lat (albo za cztery, trzeba mieć nadzieję) zauważą, że zwiększenie ilości miejsc na studiach to nie wszystko, by rozwiązać problem.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale jaja, czytałam kiedyś ten blog, teraz przypłynęłam tu przypadkiem na fali internetów i tadaaaam! Akurat reaktywacja :D
    Temat zarobków i systemu był już tyle razy wałkowany i jest tak przykry, że aż nie chce mi się go komentować, ale zgadzam się w 100%.
    Ja teraz zaczynam 4 rok i też się już na maxa cieszę, że odejdą mi popołudniowe gówna, zgiń farmo i patomorfo. Idealnie podsumowałeś farmę z tą wiedzą z XIX wieku xD
    Pisz częściej co tam w Warszawce na WUMie słychać, ja się intensywnie zastanawiam nad przenosinami na 5 i 6 rok do Warszawy (z Poznania) i zewsząd szukam inspiracji/demotywacji do tego kroku :D

    OdpowiedzUsuń
  6. coś mnie tknęło, żeby mimo tak długiego milczenia zajrzeć tu po raz kolejny - miło się rozczarować, że jednak pojawiło się tu coś nowego :D witamy ponownie!

    OdpowiedzUsuń
  7. Hej! Niedawno odkryłam Twojego bloga i podoba mi się tu. Czytasz czasem maile?
    Agata

    OdpowiedzUsuń
  8. Niestety bardzo często im młodsze roczniki tym bardziej roszczeniowe. Oczywiście nie każdy, ale można zauważyć że w coraz to młodszych pokoleniach coraz więcej dzieciaków wychodzi z założenia, że im się wszystko należy od tak, zapominając o dążeniu do sukcesu poprzez ciężką pracę.

    OdpowiedzUsuń